Mamy piątek, więc mam dziś dla Was nowy rozdział mojej powieści fantasy! Miłej lektury!
***
Edmund biegł przed siebie, dopóki nie zabrało mu sił w nogach. Lekko nachylił się i położył sobie dłonie na udach. Ciężko dyszał. Po chwili odwrócił głowę, aby spojrzeć za siebie. Nigdzie nie widział Izzy ani nikogo znajomego. Był sam.
Biegł, odkąd wyszedł z Antykwariatu. Chciał być jak najdalej od tego miejsca. Miał nadzieję na ucieczkę od tego, co się wydarzyło. Parę razy ścierał pojedyncze łzy, ściekające po jego policzkach. Nigdy nie płakał przedtem. Czuł się słabo.
Ulica, przy której się znajdował, była opustoszała. Zero ludzi, zero samochodów. Było to bardzo dziwne, biorąc pod uwagę, że to był dzień powszedni. Dookoła były tylko jednopiętrowe, bogate, jednorodzinne domki. Wszystkie były białe, ale jednak każdy się od siebie różnił. Była to dość zielona okolica, ponieważ każdy dom posiadał pięknie zadbany ogród (bez ogródków pozadomowych)… Czyli już był z dala od centrum…
Ed przetarł ręką po spoconym czole. Drżał. Bał się? Był aż tak zraniony? A może było mu zimno? Nie był do końca pewny, co się z nim działo…
Nagle latarnia nad jego głową zaczęła migać swym żółtawym światłem. Było to dziwne zjawisko, ponieważ było południe. Światło latarni nie było potrzebne. Nerwowo rozejrzał się wokół siebie. Zauważył, że wszystkie latarnie przy tej ulicy migały. Chłopak lekko się zdenerwował. Nie wróżyło to nic dobrego. Zaczął ponownie biec. Gnał do domu, który na szczęście nie był już daleko. Miał złe przeczucia. Czuł, że zaraz wydarzy się coś nadzwyczajnego…
Chwilę po tym dziwnym przeczuciu, przeszył go okropny ból w czaszce. Zatrzymał się. Ból był aż tak nagły i natarczywy, że aż jęknął. Zgiął się wpół, trzymając za głowę i padł na chodnik.
Później usłyszał damski głos w głowie. Był dziwnie znajomy…
– A kogo ja tu widzę… Edmund. Chłopak Isabelle. Nareszcie spotykam kogoś znajomego… Jakoś słabo wyglądasz, chłoptasiu – zaśmiała się złowrogo ta nieznajoma osoba. – Spójrz na mnie, gdy do ciebie mówię!
Nagle niewidzialna ręka brutalnie podniosła jego głowę za brodę. Przez chwilę patrzył w pustkę, lecz chwilę potem coś zaczęło się przed nim pojawiać. Jak kwadracik po kwadraciku na ekranie telewizora. Gdy człowiek zmaterializował się w pełni, rozpoznał właścicielkę tego głosu.
– Ciotka Andie…? – wymamrotał z grymasem bólu, malującym się na jego twarzy. Był także wielce zaskoczony.
*
Ross mocno przycisnął Isabelle do siebie. Jego dłonie błądziły po jej plecach i tylko chciały więcej. Brunetka położyła swoje dłonie na jego torsie. Całowali się namiętnie. Uczucia dały górę. Ich serca biły tym samym szybkim rytmem. W głowach mieli pustkę. Ich brzuchy rozsadzały miliony motyli. Chemia była tak silna, że aż iskrzyło. Dosłownie. W końcu to magicy! Więc tak… Kompletnie stracili nad sobą panowanie.
Po chwili chłopak trochę ją przygniótł do drzwi samochodu. Nie przestawali się całować. Jego ręce powędrowały lekko w dół. Biała koszulka Izzy lekko poszła do góry za pomocą rączek blondyna. Musnął jej skórę pleców palcami. Przeszył ją przyjemny dreszcz.
Następnym ruchem Rossa było zaczęcie całowania jej brody i szyi. Brunetka przegryzła dolną wargę. Nawet nie przyszło jej do głowy, aby go powstrzymywać. Czuła piękny zapach jego perfum. Czuła jego miękkie blond włosy na sobie. Było jej dobrze, więc jak mogła w ogóle chcieć go powstrzymywać? To smakowało niezwykle słodko, było jej bardzo przyjemnie…. Chłopak zaś miał po prostu nieprzyzwoite zamiary. Ach, ci chłopcy…
Ale na chwilę się od niej oderwał. Już miał wziąć się za rozpinanie guzików jej koszuli, gdy nagle zauważył, że ktoś się im przygląda przez okno… Vicky. Nastolatka stała naprzeciw auta. Miała zadziorny uśmieszek wymalowany na twarzy.
Blondyn zesztywniał i prędko odsunął się od Isabelle na swoje siedzenie. Ona zaskoczona, nie czując już jego dotyku ani ciepła, bijącego od jego ciała, otworzyła oczy. Doznała szoku. Nie spodziewała się, że ujrzy przyjaciółkę. Oboje patrzyli na nią przerażeni. Chwilę później Vicky jakby nigdy nic wsiadła do auta na tylne siedzenie. Cały czas dziwnie się uśmiechała. Para mogła tylko ją obserwować z otwartymi ustami.
– Oj widzę, że się dobrze bawiliście. Nie zwracajcie na mnie uwagi. Możecie kontynuować swoją zabawę. Z chęcią popatrzę – na koniec swojej wypowiedzi zaczęła się głośno śmiać.
– Vicky… – odezwała się Izzy. Dziewczyna przestała się śmiać, ale dalej patrzyła na przyjaciółkę rozbawionym wzrokiem.
– Nie? No to ogarnijcie się i możemy jechać. Zauważcie, że wciąż stoimy przed Antykwariatem – zachichotała.
Ross posłał zadziorny uśmieszek ku Isabelle. Ona na to przewróciła oczami. Następnie blondyn nachylił się i lekko ją pocałował. Uśmiechnęli się do siebie. Na koniec chłopak spojrzał na drogę przed sobą. Wziął głęboki wdech. Chwilę potem było słychać dźwięk silnika i samochód ruszył w stronę domu rodziny Linkien… Czyli na przedmieścia!
– A tak zresztą… Vicky, co ty tu robisz? – zapytała ją Isabelle, gdy samochód był już w drodze.
Jednak nie doczekała się odpowiedzi, ponieważ dziewczyna nałożyła sobie słuchawki na uszy i odpłynęła. Ach ta młodzież…
Vicky nie odpowiedziała na pytanie Izzy, ale ja mogę! Dziewczyna po prostu kręciła się w okolicy Antykwariatu po rozmowie z Edem. Niedługo później przyjaciółka do niej zadzwoniła, więc mogła szybko wrócić przed budynek… Nasza dwójka jej po prostu nie zauważyła!
Jaki jest też morał tej bajki? Aby szukać prywatności w miejscach, gdzie możemy mieć pewność, że nikt nie połapie się o naszych uczuciach. Uczmy się od Rossa i Izzy, droga młodzieży. Starajmy się jednak myśleć trzeźwo… Na tyle, ile jest to możliwe, oczywiście!
*
– Becky! – wołała ją matka z kuchni. – Becky!!
W domu panował chaos. Jak zawsze. Każdy miał wiele obowiązków przed rodzinnym obiadem i nikt nie chciał go opóźniać. O dziwo było w miarę cicho, ale to nie oznacza, że muzyka relaksacyjna nie może lecieć sobie w tle… Więc no… Praca szła bardzo sumiennie.
Już trochę poznaliśmy to miejsce, ale teraz pora na szczegóły wnętrza! Dom był dwupiętrowy. Parter przypominał trochę ogromną halę, ponieważ nie był przedzielony na salon i kuchnię. Mniej więcej pośrodku stał stół. Dębowy. Rzeźbiony. Krzesła też. Zresztą wyposażenie meblowo-sprzętowe nie wyróżniało się od typowych standardów bogatych rodzin. Komody, witryny, sofa i fotele skórzane, meblościanka wraz z pięknym i nowoczesnym telewizorem, jasnożółte ściany, spore liściaste roślinki na podłodze i brązowe zasłonki. Kolor mebli? A niech będzie zielono-czarny. Styl? Nowoczesny. Kuchnia natomiast była umeblowana w białe i nieco bardziej staroświeckie meble. Sprzęt zabudowany. Kuchnia moich marzeń, moi mili państwo. A dom przypomina mi mój obecny i jednocześnie dom babci… Zaś państwo Lickienowie zapewne nie mogli dojść do porozumienia, jak powinien wyglądać ten dom, więc każdy urządził swoją połowę po swojemu. Tak też można, czemu by nie…? A pierwsze piętro to pokoje prywatne, więc na razie nie zaglądajmy tam… Jeszcze będzie na to czas… Tak, byliśmy już w pokoju Rossa, ale przecież jest tam znacznie więcej pokoi…
Bradley i Charlie zajmowali się nakrywaniem stołu w salonie. Byli tylko przyjaciółmi, grającymi w zespole, ale czuli, że to była ich druga rodzina. Zresztą z wyglądu też trochę wyglądali jak członkowie tej jednej rodziny… Ponieważ Brad miał blond włosy z zielonymi pasemkami, a Charlie był tutaj jedynym brunetem z bursztynowymi oczami, ale ojciec Adam, ojciec rodzeństwa, też miał ciemniejsze włosy. Adam wraz z Jane, dziewczyną Brada (inwazja blondynów i blondynek… Tak, ona też… I jeszcze do tego niebieskie oczy! Człowieku!), mył okna. Mike zamiatał podłogę w salonie. Została nam jeszcze Becky… Dziewczyna miała pomagać matce w kuchni. Właśnie. Miała…
– Becky!!! Na miłość boską, chodź tu!!! – kobieta dalej wołała córkę.
Eve, matka (Adam i Ewa w tłumaczeniu. Tak. Pourquoi pas?), stała przy piekarniku i próbowała wyjąć upieczonego indyka z urządzenia. Nie mogła sobie sama z nim poradzić. Był duży, ciężki i gorący.
Była ubrana w swój ulubiony fartuszek z napisem “Big Mama”. Nie należała ona do najszczuplejszych kobiet, ale jej to w ogóle nie przeszkadzało. Wręcz nawet lubiła to, jak wygląda. Nawet była w stanie z tego żartować… Pod fartuszkiem miała różową sukienkę do kolan, a jej ufarbowane blond włosy były upięte w koka… Wygląd też może nam dużo powiedzieć o człowieku.
Kobieta chwilę pogrzebała w szufladzie i wyjęła kuchenne rękawice. Były całe w kolorowe kwiaty. Były uderzająco podobne do tych, których sama używała, ale te miały doszyty napis “Becky”. Położyła je na blacie obok piekarnika.
Nagle do kuchni weszła Becky. Tylko spojrzała na matkę, wzięła rękawice i od razu popędziła jej z pomocą. Obie sprawnie bez słowa postawiły mięso na specjalnej tatce na blacie. Brytfanna, na której znajdowało się mięso, była potężna… Znaczy ciężka, żeliwna.
– No to teraz słucham. Coś ty robiła tyle czasu? – Eve spokojnie zapytała blondynkę, posyłając jej przelotne spojrzenie.
– Przez dwadzieścia minut próbowałam dodzwonić się do Rossa.
– Pięknie… Odebrał w końcu? – spytała, usilnie przyglądając się gotowemu do konsumpcji drobiowi. Następnie szybko go przeniosła na talerz.
– Tak. Jedzie tu wraz z Isabelle i jej przyjaciółką Vicky.
– No to ładnie. Wreszcie poznamy tę dziewczynę – szeroko się uśmiechała do córki. Dodała zaraz: – Bądź tak dobra i zanieś to na stół.
Blondynka posłusznie zajęła się wykonaniem zadania. Na talerzu był znacznie lżejszy, więc bez problemu mogła zrobić to sama…
Możemy zacząć się zastanawiać, jak to możliwe, że Becky dodzwoniła się w końcu do brata, skoro wiemy już, że to Mike dzwonił… No cóż, telefon ten doszedł do skutku, gdy Vicky już dołączyła do pary i byli w drodze do domu Linkienów. Taka to cudowna komunikacja rodzinna, że chłopak po prostu nie powiadomił kuzynki o tym… Ach ten Mike żartowniś… Dodał jej tylko pracy, która sensu już nie miała w ogóle…
Wracając do akcji… Gdy dziewczyna już była w salonie i odstawiła talerz, zaczęła przyglądać się Charliemu. Stał obok niej przy stole i rozkładał sztućce. Myślała o tej pamiętnej kolacji, na której byli parę dni temu. Okoliczności po prostu jej o tym przypomniały. Wciąż pamiętała słodki smak jego ust…
– Ładnie wyglądasz – szepnął jej na ucho. Nie spodziewała się tego.
Cóż mogło go urzec w niej tamtego dnia? Blondynka była ubrana w białą koszulę z czarnymi wszywkami, skórzane legginsy i czarne buty na koturnie. Do tego odpowiedni makijaż i lekko pofalowane włosy. Na rockowo. Jak zawsze.
– Oj przestań – zaczerwieniła się i machnęła ręką.
Jej kuzyn Mike to zauważył, a nawet usłyszał. Był blisko. Akurat zamiatał niedaleko stołu. Brad udawał, że nic nie widział i nic nie wie, choć także zajmował się nakryciem stołu. Starał się akurat ułożyć dekoracyjnie serwetki w pojemniczku metalowym… Być jak Brad. Czemu nie można być jak Brad?
– Uuuu. Becky i Charlie romansują przy pracy – Mike zaczął się podśpiewywać. Dość głośno.
Oboje w tym samym czasie pokazali mu język. Chłopak tylko podniósł ręce w geście obronnym, że aż miotła mu upadła na podłogę. Podniósł ją i oddalił się, aby oczyszczać atmosferę gdzie indziej.
Nagle drzwi frontowe się otworzyły. Do domu wszedł Ross, a za nim Izzy i Vicky. Wszyscy spojrzeli na nich.
– Zgadnijcie, kto przyszedł!
Wypowiedziawszy te słowa, blondyn położył sobie dłonie na biodrach. Zrobił poważną minę. Brakowało mu tylko czerwonej peleryny i byłby jak superman…
– No! W samą porę! Masz – Mike wręczył mu miotłę. – Zmęczyłem się. Teraz ty możesz trochę pozamiatać.
Ross zrobił kwaśną minę. Dziewczyny, stojące za blondynem, zaczęły się śmiać z tej sytuacji.
– A wy możecie pójść pooglądać telewizję. Gość w dom, Bóg w dom – zwrócił się do nich. Wskazał palcem na plazmę stojącą po drugiej stronie salonu.
Isabelle przytaknęła i wraz z przyjaciółką poszła w wskazane miejsce. Cała krzątanina w tym domu trwała jeszcze z pół godziny. Ale w końcu z kuchni wyszła Eve z dzwoneczkiem w ręku. Dzwoniła nim oczywiście.
– No, kochani! Nareszcie możemy zasiąść do stołu – szeroko się uśmiechnęła do męża i młodzieży zgromadzonej w salonie.
Potem wszyscy powolutku zasiedli przy ogromnym stole, który był pełny różnych smakowitych potraw.
***
Tak kończy się dzisiejszy rozdział! No to teraz pora na komentarz…
Po pierwsze… Morał tego rozdziału jest taki, że nie warto się śpieszyć, czy robić pewne rzeczy na widoku, droga młodzieży…!
Po drugie… Zaczęłam pisać tę powieść w 2015 roku i wróciłam do pisania dopiero w 2023 roku. Raptem rok wcześniej napisałam pracę magisterką m.in. o Beniowskim Juliusza Słowackiego i to mnie zainspirowało, aby dodać tutaj narratora komentującego! Jak w tym poemacie! Dlatego nazywam tę powieść dygresyjną…
Po trzecie… To był ostatni rozdział, jaki napisałam w 2015 roku! Następny będzie już nowym, który machnęłam trzy lata temu… Przeczytacie go już za tydzień! No chyba, że chcecie go przeczytać już dziś… To możecie tutaj znaleźć książkę z autografem, e-book jest tutaj, ale można ją też znaleźć na Amazonie i w Empiku!
Na koniec polecam jeszcze zobaczyć kolekcję inspirowaną tą powieścią!
To już wszystko. Do nastęnego!
A.A.

Leave a Reply